Dzisiaj był fajny dzień. Jasny, niezbyt mroźny. W sam raz do patrzenia. Lubię takie dni. Kiedy nie dzwonią, nie piszą maili, nie zawracają dupy swoimi małymi/wielkimi ale prozaicznymi sprawami. I śnieg jest. I jest biało. Czysto. Śnieg przykrywa ten cały chaos, ten bałagan ludzkiej aktywności, przykrywa całe to ludzkie chciejstwo. Robi jakiś wizualny porządek w krajobrazie.

Lubię biel. Śnieg. I ona też go lubiła.

Pamiętam te dni, kiedy przyjeżdżaliśmy na jej korekty, w styczniu, lutym. Tak ją zapamiętałem i pewnie tak ją będę pamiętał zawsze. Drobna, filigranowa, z olbrzymią gracją, z kobiecym wdziękiem który przełamywał konwenanse. Z przeszywającą inteligencją. Milcząca. Powściągliwa. Patrzyła. Potem sięgała po papierosa. Któryś z kolegów siedzących najbliżej podawał jej ogień. Zaciągała się powoli. Polegała na intuicji. Tworzyła sytuacje. Mówiła niewiele, ale każde jej słowo miało swój kształt.

W zimie była zwykle w szczytowej formie. Malarze nie potrzebują wielu słów, żeby się komunikować. Stanowią całkowite przeciwieństwo całej tej reszty bezrefleksyjnych mugoli, którzy nie wiedzą nawet po co mają oczy.

No tak. Przypomniała mi się dziś Pani. Tak ją nazywaliśmy. Mówiło się: „byłeś u Pani”… albo – „Pani będzie w środę na korekcie”. Dziś. Pani Teresa Pągowska. Jest Legendą.

Dla mnie, dla nas, studentów 3.4.5. roku Wydziału Grafiki ASP w Warszawie to postać niezwykła. Cieszę się, że mogłem ją poznać. Że się znaliśmy. Że mieliśmy ze sobą kontakt, nawet po studiach. Pamiętam też pewien zimowy wieczór, tuż przed Wigilją. Przywiozłem do jej domu na Jazgarzewskiej świeżutko wydrukowane kalendarze z plakatami Henryka Tomaszewskiego. To był ostatni raz kiedy się spotkaliśmy.